Zatańcz ze mną… albo i nie.


Z ust kilku panów usłyszałam, że bardzo współczują kobietom, które siedzą i nie tańczą. Jeden z kolegów napisał cały elaborat. Ba! Zganił je za lenistwo w przytargiwaniu do tanga panów i hojnie poczęstował swoimi radami, cóż mają zrobić, aby tańczyć.

Bierność pań, czekanie na zmiłowanie i na „załatwienie” im tańczenia to tylko pewien wycinek tematu.

Rzeczywiście część kobiet czeka, że się im partnera „załatwi”. Niektóre mają do panów pretensje, że ich nie proszą („…przyszedł taki i siedzi nie wiadomo po co…”). No i niech tam! Niech sobie robią, co chcą. Panie i panowie. To nie moja sprawa. Chociaż właściwie nie do końca.
Kiedy przyjechała do Polski argentyńska pisarka tańcząca tango i przyszła na milongę, chciałam, by zatańczyła, więc poprosiłam o to kolegę. Tak samo, kiedy przyjechała kuzynka mojej koleżanki. W „Mam Ochotę” raz zdarzyło mi się, że poprosiłam o taniec dla pewnej tanguery. Ale jak następnym razem przyszła i robiła wszystko, żeby nie zatańczyć (czyli pytlowała jak najęta siedząc tyłem do Sali i przeszkadzając innym dziewczynom) – stwierdziłam, że takim dziewczynom nie ma co ułatwiać tanga. Widocznie nie jest gotowa, żeby tańczyć. Ale czasem zdarza mi się zadbać o panie i niniejszym wspomnianym panom, których poprosiłam o wsparcie, bardzo dziękuję!:) Jak jestem w obcym miejscu i chcę zatańczyć, sama o taką pomoc potrafię poprosić. Serio. Zdarzyło mi się, że poprosiłam koleżankę, żeby poprosiła tego bruneta, żeby ze mną zatańczył…

Bo na obcym terenie jakoś trzeba sobie radzić.

Najlepiej poznać się z kimś już na miejscu, jeśli wcześniej nikogo się nie poznało. Że potrzeba trochę pewności i śmiałości? Tak. I co z tego? Kiedyś do Warszawy przyjechała pewna Niemka. Pogawędziłam z nią chwilę, ona w tym czasie przez kilka tand uważnie obserwowała parkiet. Była na polskiej milondze po raz pierwszy. Nie była najmłodsza i najpiękniejsza (to do tych pań, które twierdzą, że uroda w tangu ma znaczenie). Nie, nikt jej nie poprosił. I może by poprosił, a może nie. Ale ona miała inny pomysł. Ja nie byłam jej potrzebna. W pewnej chwili ruszyła na parkiet. I tak po kolei zatańczyła z tymi, których sobie upatrzyła, po czym pożegnała się i poszła.

Jak już mamy znajomą osobę (zwłaszcza tej samej płci!), to – uwierzcie, panowie – wcale nie jesteśmy takie biedne.

Zanim podejmiemy albo przyjmiemy cabeceo, skonsultujemy, czy warto:). Oczywiście zdarza się, że jeden partner jest różnie oceniany przez różne panie, ale ewidentny przestawiacz nie ma wtedy szans. Więc owszem, Wy w większości inicjujecie, ale czy na pewno zawsze wybieracie…? Myślę, że to my same w znacznej mierze jesteśmy odpowiedzialne za swoje tańczenie lub nie.

Mój punkt widzenia w temacie tanga ewoluuje.

W niektórych kwestiach zmienia się radykalnie. Rozmowy z ludźmi tanga bardzo mnie wzbogacają. Rozszerzają moją subiektywną perspektywę. Wracam do nich z przyjemnością. Dają mi ogromny materiał do przemyśleń. To dzięki nim zrozumiałam, że nie ma co zastanawiać się, czemu tańczył i przestał lub czemu czasem tańczy, a czasem nie. Szkoda pary w gwizdek. Nie tańczy? To nie. Zatańczę z innym. Gdybym w ogóle nie była proszona, to znaczyłoby coś więcej. A tak? Nie, to nie.

Co do wyrażonego współczucia siedzącym paniom, myślę, że jest ono nieporozumieniem.

Z uczuciami niby się nie dyskutuje. Ale nie mogę tego nie skomentować.
Żadna ze świadomych tanguer nie chce mieć do czynienia z maszyną do tand. Żadnej ze świadomych tanguer nie przyjdzie do głowy mieć pretensje o nie zatańczone tanga. Dzięki tak wielu przeprowadzonym rozmowom (i stażowi w tangu) mogę powiedzieć, że jestem właśnie taką tanguerą. Dlatego, drogi Tanguero, jak nie zatańczysz ze mną na danej milondze, naprawdę NIE musisz mnie za to przepraszać.

Ja Ci daję pełną wolność. Tańcz, z kim chcesz.

Jak mnie na Ciebie najdzie, a nie zaobserwuję wzajemności, pozwolę sobie w większym skupieniu polować na Ciebie poprzez cabeceo. Jak trzeba będzie – założę okulary:). Jeśli będziesz oporny, a mnie najdzie bardzo (z powodu cudownych dźwięków pierwszego tanga w tandzie, albo z powodu tego, że bardzo mi się zachciało z Tobą zatańczyć), będzie desant:). Oczywiście to nie jest tak, że podchodzę i wywlekam za kołnierz. Wiem, kto nie jest gotowy na taniec ze mną. Może i ja nie jestem gotowa. Dlatego z kilkoma panami jeszcze nie tańczyłam, mimo że na milongach spotykamy się od mojego początku.

Ale to nie jest tak, że damskim agresorom wszystko wolno.

Świadoma tanguera wyczuje, czy to właściwy moment. Nie wyobrażam sobie, żeby atakować ledwo zipiącego pana po przetańczonych czterech tandach z rzędu. To by świadczyło o moim braku kultury i tangowego obycia. Słyszałam też o sytuacjach, kiedy na kameralnych milongach nieszczęsne rodzynki są sobie wręcz wyrywane. Jeżeli tanguero daje się napastować, wyrywać i wywlekać na parkiet niezależnie od jego aktualnego stanu i chęci, to znaczy, że się nie szanuje. Bo to nie jest tak, że byle damska łamaga ma dyktować warunki. Świadoma tanguera nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.

Czasem warto poczekać na swój czas.

Doczekałam się w Sylwestra. Patrzę: On patrzy. Idziemy na parkiet. Ooo…. Po tandzie On mówi, że już od dwóch dni chciał ze mną zatańczyć, ale jakoś się nie składało. Ja mu na to:
– Od dwóch dni? Ja na Ciebie zerkam już dwa lata…

I mnie się zdarzyło chybione cabeceo.

I to całkiem niedawno. Stoi blisko, patrzy na mnie i się uśmiecha tanguero, którego jakość tańca potwierdziła doświadczona koleżanka. No to ja hops! Wstaję. A tu ZONK! Prosi inną… I co? Wróciłam na krzesełko. Łyso mi było przez chwilę. Ale jak sobie pomyślałam, że mimo mojej ostrożności (nie wyrywam się, zanim pan, którego chcę przyjąć, nie stanie przede mną. A ten stał hehe) zaliczyłam wtopę, nieźle mnie to ubawiło. Finał tej historii jest taki, że ostatnią tandę tamtej milongi zatańczyłam właśnie z moim ”chybicielem” i było cudownie! I to nie po raz ostatni.

Wracając do współczucia siedzącym dziewczynom, to ja – po ostatnich obserwacjach – stwierdzam, że te, co się nie szanują, siedzą lub zostaje im taniec z łamagami.

Są doświadczone tanguery, które tańczą ze wszystkimi bez wyjątku, bo – jak twierdzą – „nie przyszłam siedzieć”. W efekcie wielu doświadczonych tangueros zaczyna je omijać, bo – jak twierdzą – „psują się”. Ja przez pierwszy rok tańczyłam ze wszystkimi bez wyjątku. A potem jednak zaczęłam robić selekcję. Jak mówi Monika P., jeżeli byle pokraka w rozklapciałych buciorach lub przepoconej szmacie nie dostaje kosza, to znaczy, że laska się nie szanuje. Niektóre lecą na każde skinienie tylko dlatego, że boją się, że jak odmówią, to w ogóle nie będą tańczyć. A ja się pytam: czy naprawdę brak jakości tańca może być zadowalający?

Niedawno jeden z gwiazdorów wymyślił, że będzie tańczyć tylko jedno tango, a potem dziękuje.

Zamysł miał taki, żeby zatańczyć ze wszystkimi. Zbyt wielu pań nie było, jednak maestro postanowił siebie dozować, tak jakby kompletnie nie wiedział, że nie bez powodu tanda ma więcej utworów. Świadoma tanguera, której podziękował po dwóch tangach („Alleluja!” hihihi…), jasno mu dała do zrozumienia, co myśli o takich pomysłach. A co robiły te nieświadome? Szły jak w dym, zadowolone, że maestro zechciał je na chybcika przelecieć! Nie miały nic przeciw temu, że były brane i użyte.

Raz w życiu byłam tak przeleciana.

A właściwie jeszcze bardziej. Rok temu, na warszawskim maratonie, bardzo dobry tancerz (którego lubię, cenię i uważam, że jest ciekawym człowiekiem i doskonałym tanguero tańczącym całym sobą) poprosił mnie do ostatnich taktów ostatniego utworu w tandzie. Byłam pewna, że to oznacza, iż zostajemy, a on… mi podziękował. Bardzo miło i grzecznie. Wolno mu. Tyle że jak ostatnio cabeceował, nie zatańczyłam. I NIE była to zemsta. Po prostu ja się szanuję i nie dam się w przelocie przelatywać, nie pozwolę na to nawet super maestro (wtedy udało mu się przez zaskoczenie). Gospodarz milongi przybiegł z pytaniem, czy dałam kosza celowo, czy nie widziałam (ta moja ślepota jest powszechnie znana heh). A ja trochę widziałam, trochę nie, a tak naprawdę nie chciało mi się zastanawiać, czy cabeceo robi z myślą o mnie. Jak przyjmuję zaproszenie, to znaczy, że łaski nie robię. Lubię, aby partner podejmował świadome decyzje. Oczywiście można podziękować w trakcie tandy, jeśli dzieje się coś nie do wytrzymania. W przypadku przygody sprzed roku miałam wrażenie, że partner po mnie sięgnął ot tak, i ot tak zrezygnował, więc niejako sam się z mojej percepcji usunął. Musiałby się bardzo postarać, a wątpię, żeby mu się chciało. Cóż, tango…

Co ma zrobić dziewczyna, która bardzo chce tańczyć, a siedzi?

Może zacząć od przeczytania ze zrozumieniem wywiadów z doświadczonymi ludźmi tanga. Może inwestować w lekcje poprawiające technikę i komfort tańca z nią. Może przyglądać się bardziej doświadczonym koleżankom. Ja mogę podzielić się moim doświadczeniem, chociaż wcale nie jestem gwiazdą („Oj! Co prawda, to prawda!” – powiedziała mi na to Tereska Mazurkiewicz :)). Może kiedyś to zrobię. Wcale nie należałam i nie należę do najpopularniejszych tanguer, żeby była jasność. Tańczę z początkującymi (oni ze mną niechętnie hi hi, bo nie dotańczam i sama się nie skręcam, więc czasem tracą głowę). I wolę siedzieć, niż dać się używać. Tak mam.

Co mogą zrobić ci panowie, którzy współczują siedzącym paniom?

Mogą porzucić wyrzuty sumienia. Nie zatańczyliście, znaczy: nie chcieliście, więc przestańcie karmić swoje ego niby dobrocią. Za to możecie zadbać o te panie, z którymi chcieliście tańczyć. Np. poprzez zrezygnowanie z alkoholu w czasie milongi, po którym wywalacie panie z osi. Np. poprzez przemywanie twarzy i rąk wodą po upojnej tandzie (przetarcie chustką może nie wystarczyć), zamiast z potem cieknącym nogawkami biec do kolejnej pani. Np. poprzez nie dawanie kosza tej, która się przemogła i Was poprosiła (nasz desant nie jest aż tak częsty i męczący, jak bywa Wasz :)). Ze mną możesz zatańczyć (jeśli także zechcę), ale nie musisz.

Udana milonga to suma różnych czynników.

Świadome tanguery wyczuwają różne rzeczy. A te nieświadome – albo się rozwiną (także poprzez wyzbycie się roszczeń), albo nadal będą niezadowolone.