Sylwester w BB – to była MEGA impreza. Konia z rzędem temu, kto powtórzy taki rozmach.


Cztery dni tangolenia, codziennie w innym miejscu. Właściwie sześć, bo dzień przed i dzień po też były milongi. To był bardzo intensywny pobyt, a czas minął… nie wiadomo kiedy.

Całość organizowało Stowarzyszenie Tanga Argentyńskiego Bielsko-Buenos Tango, a jego frontwoman Ania Pietruszewska pełniła honory imprezy z ogromną starannością i przejęciem. Dobrze, że zorganizowała jakoweś dodatkowe aktywności (ze względu na bujne życie towarzyskie nie miałam czasu z nich skorzystać) – jogę i wycieczki na świeżym powietrzu – może chociaż trochę się odprężyła. Tomek Kopiński dzielnie jej pomagał, ale chyba to była tajna misja, bo dopiero w dzień Sylwestra zorientowałam się, któryż to jest.

Sobotnia milonga była tłumna.

1-milo

Organizatorów to zaskoczyło, oczywiście pozytywnie i od przybytku głowy ich nie bolały. Sala przyjemna, muzyka bez eksperymentów, ogólnie sympatyczna atmosfera.

Mini maraton na Szyndzielni to prawdziwe szaleństwo.

Wiosennie było tej zimy. Chciałam widzieć ośnieżony stok (z okna, nie żeby gdzieś łazić), ale mi przeszło, jak tylko w celu wdrapania się do schroniska wysiadłam z kolejki. Są tacy, co dla przyjemności spacerują, wspinają się i itd. Ja tam jestem tolerancyjna i akceptuję różne dewiacje, ale nie we wszystkich biorę udział.

Zjeżdżaliśmy się całe popołudnie, by pod wieczór ruszyć pełną parą. Śliski parkiet był dużym wyzwaniem, ale co tam! Śmiganie z mopem okazało się dodatkową atrakcją. Siedzące przy stoliku panie omawiały wdzięk i posuwistość kroku zmywających podłogę panów. Ela Be uznała, że nie można im w tej kwestii w pełni zaufać i porzuciwszy aparat złapała za mopa, by dokonać kontroli jakości.

Kreacje były różne: od sukienek po dżinsy, ale tu wszystko było na miejscu. Nawet pozbycie się obuwia i garderoby na rzecz pidżamek, bamboszków, peniuarów i tużurków. Tańce na bosaka też nikogo nie dziwiły. Ja wytrwałam do 6.00. Szlafmyca niestety zaspała i jak przyszła (chciałam zatańczyć z Maciejem w męskiej koszuli nocnej i szlafmycy heh…), fotografowie mieli przerwę. Ci, co wytrwali, zostali pobudzeni fantazyjnym zestawem muzy dj-a Grzegorza – podobno zdecydowanie niepowtarzalnym, takim akurat przeciw zaśnięciu. Indywidualne występy aktorsko-baletowe z podkładem mruczando przeszły do historii, tak jak tango italiano w zestawieniu z milongą, czy jakoś tak, w każdy razie na pewno niezwyczajnie.

szyndzielnia

Tak naprawdę to Szyndzielnia była dla mnie głównym magnesem w całej wyprawie.

Miejsce urocze (www.szyndzielnia.com.pl ). Już dawno temu wymyśliłam sobie, że tangowe pidżama party to by było niezłe jajo. Ale gdzie je zorganizować? Schronisko zarezerwowane tylko dla nas i impreza do rana to warunki wprost idealne! Nie można było przegapić, o nie!

Ledwo człowiek się wyspał, a tu kolejna milonga!

Restauracja Maska to klimatyczne wnętrze i dobry parkiet. Bielszczanie tangują tam co tydzień. Wskoczyłam w kieckę. Jako gadżet założyłam okulary, które zwykle noszę tylko w kinie i w samochodzie. Kilka osób mnie nie poznało, a Małgorzata Ha i wspomniana Ela Be nakazały mi je nosić.

maska

Bal sylwestrowy był jedyny w swoim rodzaju.

Sala Redutowa Pod Orłem jest rzeczywiście bardzo piękna. W niej mężczyźni wydają się dostojniejsi, a kobiety wytworniejsze. Ilość osób w stosunku do pojemności Sali była wręcz idealna. Było tłumnie, ale bezkolizyjnie. Stoliki rozstawione tak, że można było obserwować parkiet. Szaleństwo nie tylko tangowe owładnęło niemal wszystkich. Rytmiczna cha cha i ognisty rock&roll urozmaiciły tę noc: jedni szaleli, inni odpoczywali zbierając siły na tango, wszyscy byli zadowoleni. Tanda walców Wojciecha Kilara („Ziemia obiecana”, „Trędowata”, „Noce i dnie”), puszczona przez dj-a Henryka Teofila (Hosera zresztą :)) zabrzmiała tak, że niejedna dziewczyna uroniła niejedną łzę. Taką tandę po raz pierwszy tańczyliśmy w Batidzie. Powtórzyć ją można było właśnie tu i… raczej nigdzie indziej. Chyba że – pozazdrościwszy – w przyszłym roku zorganizujemy prawdziwy bal (niekoniecznie sylwestrowy) w jakiejś wyjątkowej sali. Moim prywatnym bardzo miłym zaskoczeniem było to, że jubilatka z Wrocławia otrzymała od organizatorki w urodzinowym prezencie książkę mojego autorstwa.

bal

Podsumowując: było fantastycznie.

Nowe znajomości, przyjaźnie, odkrycia tangowych objęć, wygłupy na luzie możliwe tylko na wyjeździe (u siebie zawsze jakoś tak jest się ograniczonym). Jedyny niedosyt, jaki mam, to ten, że międzymiastowa integracja mogłaby być jeszcze większa. Ale nic to: nadrobi się!