Podróże kształcą


Ta ludowa mądrość pozostanie zawsze aktualna. Na swoim podwórku, nawet tak dużym jak Warszawa, w końcu dochodzi się do wniosku, że czas opuścić znaną każdą piędź miejscowych parkietów. Proces dojrzewania bywa różny. Mnie zajął kilka lat. Ale jak już posmakowałam obczyzny, to rozbuchałam się na dobre i chce mi się więcej…

Koszty wcale nie są takie duże.

Oczywiście większe niż wyprawa na miejscową milongę nawet codziennie. Ale kiedy wyjeżdżasz, kompletnie odrywasz się od prozy życia i możesz całkowicie zanurzyć się w innej rzeczywistości – jest to bardzo ożywcze i wzbogacające. Podróż po Polsce wcale nie jest dużo tańsza niż ta zagraniczna – też trzeba dojechać, przenocować (a raczej: przedniować), czasem coś zjeść. Biorąc pod uwagę krajowe kłopoty rejestracyjne, zagraniczne imprezy zyskują.

1

Na wyjeździe wszystko jest inne.

Atrakcyjność obcych objęć bywa różna i dopóki nie sprawdzisz, nie wiesz, czy warto. Za to te znane ramiona z polskich milong nabierają nowego smaku. Czas inaczej płynie, ludzie są wyluzowani, nieskrępowani (oj nie! :) ), bardziej otwarci. Wracasz i wiesz, że polskie też dobre i że będziesz z niecierpliwością czekać na imprezę, na której spotkasz abrazo z Łodzi, Szczecina, Poznania…

Plaża miejscem wymiany informacji.

Morza szum, ręcznik na ciepłym piasku i języki się rozwiązują. Męskie! Kiedy szłyśmy z Jolantą S. się opalać, to nie po to, żeby gadać. Fajnie tak sobie leżeć, słyszeć fale, łapać promienie słońca przed nadchodzącą zimą. Panowie woleli ładować akumulatory wymieniając uwagi odnośnie pań. Przy barze nad basenem chwalili nasze zalety, a że na plaży byłyśmy cichutko, zapomnieli o naszej obecności i bez skrępowania dzielili się tym, czego w nas, kobietach, tangowo nie znoszą. I dobrze, bo od kogo mamy to wiedzieć, jak nie od nich?

2

Jedna rzecz przeszkadza im najbardziej.

Wieszanie się i niekontrolowane wierzganie oczywiście też, ale jest coś, czego nie cierpią ponad wszystkie techniczne ułomności. Otóż panowie nie lubią być nagabywani i nie trawią wypominania, że znowu nie tańczyli. Mężczyźni w ogóle źle znoszą damskie wyrzuty. W tangu też, a najprostszym sposobem na samoobronę jest unikanie roszczeniowych kobiet. Można pożartować i wiadomo, że lubianego i zaprzyjaźnionego można czasem nagabnąć, ale kiedy wyczuje prawdziwe pretensje, bądź pewna, że będziesz omijana. I nie dziw się, że „nawet się nie przywitał”, jeśli jego najmniejszy gest traktujesz jako zachętę do desantu albo wymówek. Większość panów źle się czuje, kiedy cabeceuje jedną, a wyrywa się ta nieproszona. Wytrawna tanguera nie wstanie, dopóki tanguero nie stanie obok niej. Zachęcony uprzednio miradą i cabeceo, a nie z desantu rzecz jasna.

Co bardziej wyrywne nieraz się zdziwiły.

Ja ze dwa razy też :) Dlatego bardzo się pilnuję i wstaję dopiero wtedy, kiedy nie mam wątpliwości, że chodzi o mnie (i kiedy ja chcę rzecz jasna :)). Zdarzyło się, że moje cabeceo przywłaszczyła sobie agresorka i przechwyciła nieasertywnego biedaka, który zamiast grzecznie powiedzieć, że zmierza nieco dalej, dał się zawłaszczyć. Pomyślałam: a męcz się za karę :). Bo te dobre nigdy tak nie robią. Może się zdarzyć nieporozumienie, zwłaszcza kiedy jest ciemno i ciasno. Ale wtedy wytrawna tanguera w lot się orientuje, że jemu nie o nią chodiło. I odpuszcza, bo jest dobra i żeby tańczyć, nie musi innym kraść cabeceo.

Duże festiwale to wielkie polowanie.

Panom łatwiej – chociażby z braku obcasów wygodniej im się przemieszczać i polować. Często czynią to od pierwszych tand. Oczywiście z grzeczności mogliby w pierwszej kolejności obtańczyć kobiety przy własnym festiwalowym stole (przy okazji prezentując tanguery na parkiecie), ale obowiązku nie mają.

3

Trening czyni mistrzynię.

Na festiwalach, gdzie może być ponad 1000 osób, z cabeceo bywa trudno, ale nigdy nie jest tak całkiem niemożliwe. Wyjazdowe imprezy są doskonałą okazją do opanowania tej prostej w gruncie rzeczy sztuki. Prostej, jeśli uważasz ją za narzędzie, a nie „proszenie się” i czekanie na łaskę. Uwierz, że wtedy naprawdę kiedy chcesz, tańczysz. Nie zawsze oczywiście z tym upatrzonym, ale jak upatrzysz tak porządnie, zatańczysz i z nim :).

Milongi popołudniowe i after party to świetny poligon doświadczalny.

Cabeceo ma związek z poczuciem własnej wartości (nie tylko tej tangowej). Wwiercenie się wzrokiem w upatrzonego tanguero wbrew pozorom jest bezpieczne. Nie zarzuci Ci desantu, za to będzie mógł potrenować unikanie Twojego wzroku :). Jeśli Cię przyjmie, Ty będziesz mogła zachwycić się własną skutecznością :). A jeśli nie, to nie bierz tego do siebie, tylko wypatrz następnego :).

Warto o siebie zadbać.

Warunki do tańczenia bywają różne. Na Majorce popołudniowe milongi odbywały się nad basenem. Tępo, bo w takim miejscu nie może być innego podłoża. Żadne buty nie dawały rady. Niektóre dziewczyny były niezadowolone, że „partner ich nie oszczędzał” i walił pivoty seryjnie. Ja uznałam, że sama o siebie zadbam i jak czułam zapędy w stronę skrętów, prosiłam: „No pivot”. Myślę, że potem następna miała już łatwiej. Gdyby każda z nas zadbała o własny komfort, panowie także byliby bardziej uważni.

Dobry tanguero nie naraża na dyskomfort.

Ale z drugiej strony: jeśli kobiety nie dbają o siebie i skręcają się na siłę mimo protestu ich szkieletu (bo chcą uchodzić za dobre tancerki? Bo boją się urazić partnera? Bo chcą być miłe?) – mężczyźni mogą myśleć, że wszystko jest w porządku. A potem jedna z drugą jęczy, że bolą kostki i kolana.

4

Zaskoczył mnie pewien Szwed.

Bardzo przyjemnie się z nim tańczyło bez ani jednego pivota. Powiedziałam, że jest wymarzonym tanguero, bo doskonale umie dostosować się do warunków. A on, że w Szwecji często tańczą na dziwnych podłożach, więc mają wprawę. Wniosek dla panów: to, jak tańczysz i co proponujesz partnerce, dostosuj do podłoża, będzie wam obydwojgu przyjemniej. Wniosek dla pań: jak o siebie nie zadbasz, będą Cię bolały nogi i nie będzie to do końca jego wina. Wniosek mój: już nigdy nie będę narzekać na żadne podłoże, bo można przyjemnie na każdym, jeśli nie wszystko dasz sobą robić.

Nowe doświadczenia nigdy się nie kończą.

I to jest najfantastyczniejsze, a na wyjazdach smakuje podwójnie. Na miejscu oczywiście też można przeżyć tangowe „wow!”, czego nam wszystkim życzę. Każdy ma jakieś swoje opinie i teorie dotyczące tanga. Ja najbardziej lubię zmieniać zdanie. Bo to oznacza, że dowiedziałam się czegoś nowego. I takie „mega wow” przeżyłam na Majorce.
Nie jestem najniższa, dlatego też wolę trochę wyższych partnerów. Poprosiła mnie osoba, której nie znałam. Do milongi. Miała około półtora metra wzrostu i nie ważyła więcej niż 45 kg. I była kobietą.

Moje przekonania co do właściwego dla mnie wzrostu i masy legły w gruzach.

Ta filigranowa babeczka poprowadziła tak, że po prostu było fantastycznie. Umiała mnie objąć tak, że bez użycia siły robiła ze mną, co chciała. Dodam, że tańczyłyśmy w bliskim objęciu, co do tej pory – ze względu na wzrost, masę i płeć -wydawało mi się niewykonalne. Dlaczego płeć? Bo dla mnie tango jest spotkaniem damsko – męskim. Widać milonga może być bardzo przyjemnym spotkaniem kobiecym.

Kocham imprezy wyjazdowe.

Jestem wtedy w innym świecie. Jasne, że te z plażą i słońcem są dla mnie najfajniejsze. Zakochałam się w Sardynii, akcja jednej z moich powieści właśnie tam się potoczy. Majorka zapadła mi w serce. W planie mam Istambuł, Kanary, a bez plażowania Lizbonę, Berlin, Paryż… Ale najpierw…

Bal w BB i II Beskid Tango Maraton w Szczyrku!

Doskonała impreza! Jedna z moich ulubionych. Sylwester w przepięknej renesansowej sali balowej, maraton w dużym, wygodnym hotelu. Wszystko na miejscu. Świetni dj-e, ekstra parkiet. Jedyna impreza z pidżama party – już po raz trzeci (drugi maraton i trzecie pidżama party – właśnie tak :)). Dobrze zaopatrzony bufet, obfite śniadania i pyszne kolacje. I ta atmosfera… Tam po prostu z różnych stron świata przyjeżdżają fajni ludzie.

BANER-Orzeł-!-

Mam wyrobiony odruch jak pies Pawłowa.

Na hasło „Poznań” (w lutym nie przegap Ocho Pasos 2!!! Rewelacyjna impreza!!!) lub „Szczyrk” ślinię się, bo wiem, że będzie przecudnie. To takie moje ulubione dwa wyjazdowe miejsca w Polsce. Warszawę kocham i to jest niezmienne. Cieszę się, że u nas też coraz więcej się dzieje, jeśli chodzi o duże imprezy. Nowe milongowe miejsca, nowi organizatorzy, przyjezdni goście, nowe maratony (w lutym El Fuego, w maju coś kombinuje Tangolada)… Nic, tylko tańczyć tango!

Ocho Pasos 2 (1)