Cienka muzyczna linia z kijkiem w tyłku


Tyle się dzieje! Tangowego rzecz jasna, bo o tym ten blog. W lato moi bliscy nie mieli ze mnie zbytniego pożytku. Postanowiłam obskoczyć wszystkie większe imprezy. A było ich mnóstwo. I cały czas jest. Myślałam, że jesienią sobie odpocznę, przytulę psa, dziecko i mężczyznę poza tangiem… A tu się zanosi, że tylko z doskoku.

Postanowiłam ograniczyć własną organizatorską działalność.

To nie tak, że nigdy już nic – o nie. Ale w sezonie jesienno – zimowym zapowiada się tyle atrakcyjnych imprez, że z przyjemnością zadowolę się rolą uczestniczki. Moje popołudniowe milongi będą, ale na pewno nie co tydzień. Do maja tego roku miałam zajęte wszystkie soboty. Nie chcę już wracać w ten tryb, ale raz w miesiącu na pewno coś się wydarzy, i to pod specjalnym wezwaniem – żeby nie było tak zwyczajnie jak wszędzie 
Proponuję polubić stronę Szaleństwo del Tango – tam będę zamieszczać informacje. Planuję, że popołudniowo poszalejemy w pierwszą sobotę października, więc wypatrujcie info.

To lato bardzo nas dopieściło.

Wcześniejsze imprezy opisałam poprzednio, teraz wspomnę wydarzenie specjalne, jakim jest SyMfonia Serc. Co roku we wrześniu spotykamy się w jednym tygodniu na Krakowskim Przedmieściu, w drugim na Dworcu Centralnym – i tańczymy. Organizatorem jest Polskie Towarzystwo Stwardnienia Rozsianego.

Zdj. 1

My przyciągamy uwagę przechodniów naszym tangiem, a PTSR rozdaje materiały informacyjnie odnośnie choroby, pomocy i samego stowarzyszenia. Co roku dopisuje nam pogoda, w tym było wyjątkowo gorąco. Pewnie dlatego spora część zdecydowała się w inny sposób skorzystać z końcówki lata. Było nas mniej niż w latach ubiegłych, ale wystarczająco, aby osiągnąć cel: propagowanie wiedzy o SM i promowanie tanga.

zdj.2

Bardzo dziękuję tym Tangueros, którzy znaleźli chęci, by mimo innych zajęć, warsztatów, obiadów rodzinnych – wpaść chociaż na chwilę.
A już za moment kolejne duże imprezy: tango salon w Łodzi, powrót milongi do poznańskiej Poema Cafe, okazjonalna milonga w Żelazowej Woli, jubileusz tanga w Katowicach, bal sylwestrowy w Bielsku Białej w najpiękniejszej renesansowej sali w Polsce z maratonem w Szczyrku…

Tyle dobrego tangowego, że w spokoju sumienia mogę poprzeganiać moje pomysły, które bombardują mnie z każdej strony. Tak więc jeśli będziecie chcieli jechać na audiencję do papieża Franciszka (którą wymyśliłam jakiś czas temu, do loży VIP ma się rozumieć) – dajcie znać, pojedziemy (audiencje są w środy). Mam możliwość, aby taka wizyta doszła do skutku, napierać jednak nie będę, bo dla mnie byłaby to bardziej podróż symboliczna niż duchowa.

A gdzie cienka muzyczna linia?

Nie jestem dj – em i nigdy nie będę, ale uszy i oczy mam, więc widzę i słyszę, co się dzieje na różnych imprezach. Od razu uprzedzam: nie zamierzam dj – ów pouczać, jak mają układać muzykę, ale jako bywalczyni różnych imprez podzielę się swoimi spostrzeżeniami. Kto zechce – przemyśli. Nie – to nie :)

Muzyczne gnioty zdarzają się na różnych imprezach, małych i dużych.

Pomijam kwestie osobistych upodobań, bo te są różne. Ale z uwagą obserwuję, co działa a co nie. Zdarza się, że muzykę układają osoby nie mające pojęcia o podstawowych zasadach. To naprawdę nie jest takie proste! Znawcy od razu wychwycą błędy. Laicy jedynie poczują, że „to” ich nie niesie, atmosfera kiepska, tańczyć się nie chce. Spotkałam tylko jeden karkołomny eksperyment, który został przyjęty z niedowierzaniem, ale życzliwie. Na szczęście miał miejsce nad ranem i swoją szaloną konstrukcją na nowo rozbudził resztkę towarzystwa. Ale to było raz i organizatorzy mieli duże szczęście, że z pewnego powodu została zamieniona kolejność grania dj – ów. Gdyby tak zagrał lekkim wieczorem, to by była totalna kicha. A przecież są warsztaty dla dj – ów, można się tego nauczyć.

Inna sprawa to źle dobrany dj do wydarzenia.

Inaczej gra się w barokowej sali na balu, inaczej w przestrzeni kawiarnianej, jeszcze inaczej na maratonie. Czasem tak jest, że dj widzi salę dopiero w wieczór grania. Ale charakter imprezy mówi sam za siebie. Ludzie wymieniają się informacjami. Wiadomo, który dj zawsze się sprawdza, który czasami, a który rzadko. Byłam niestety na takich imprezach, gdzie dj – e zdecydowanie źle dobrali muzykę i ludzie albo się nudzili, albo byli wręcz wkurzeni i odgrażali się, że nigdy więcej. Moim zdaniem duże imprezy nie mogą sobie pozwalać na eksperymenty i liczyć, że jakoś to będzie.

Dobrze dobrane cortiny to także element udanej milongi.

Katowanie ludzi jedną smętną cortiną przez całą imprezę to dla mnie zwykłe znęcanie się lub bezmyślność. Zawodząco – stękająca cortina może jedynie zachęcić do wizyty w toalecie, a nie do wyjścia na parkiet. A przecież nieraz widzimy, że dobra cortina wyciąga ludzi z kanap i korytarza zanim zabrzmią pierwsze takty kolejnej tandy. „Cztery pory roku” uwielbiam w filharmonii, ale na zmianę z kankanem nie wygoniły mnie z imprezy tylko dlatego, że towarzysko było super.

Wszyscy zachwycają się, kiedy gra Roberto Rampini.

Słyszałam go podczas różnych imprez i rzeczywiście jest moc. Na czym polega jego sekret? Po pierwsze: wybiera takie aranżacje utworów, które niosą. Po drugie: jego cortiny dodają całości smaku. Po trzecie: bardzo uważnie patrzy, co się dzieje, i reaguje, dostosowując muzykę do potrzeb. Jest mistrzem, bo je wyczuwa, chociaż przez to jest mniej dostępny tanecznie, co akurat w tym przypadku jest absolutnie zrozumiałe. Ale żeby reagować, trzeba umieć, chcieć i mieć zasoby muzyczne większe niż trzy playlisty i pięć luźnych utworów. Czasem odnoszę wrażenie, że kiedy ludzie źle się bawią, to dj jedyne, co chce lub umie, to strzelić focha. Osobiście nie znoszę fochowatych ludzi i szkoda mi na nich mojego czasu. Fochowaty facet to już kompletna porażka i dziwię się, że kobiety takich tolerują. No ale to inny temat, teraz mówimy o dj – ach. Próbowałam trzy razy podpowiedzieć różnym dj – om, że atmosfera siada (jakby sami nie widzieli). W pierwszym przypadku zmiana nastąpiła od razu, bez obrażania się, z korzyścią dla wszystkich. W drugim dowiedziałam się, że jak ludzie nie chcą tańczyć, to niech siedzą. W trzecim – że dj swoimi smętami nie chce zdominować koncertu, który odbywał się w trakcie. W pierwszym przypadku miałam do czynienia z kobietą, która nie miała problemu, by zareagować. Po reakcjach panów stwierdziłam: nigdy więcej nie będę się wtrącać (chyba że to będzie moja impreza, ale u mnie jakoś do tej pory na szczęście skuchy nie było). Na szczęście oczywiście mamy świetnych dj – ów, którzy unikają plumkająco – zawodzących smętów.

Pomiędzy utworami romantycznymi a smętnymi jest cienka muzyczna linia.

Dla wielu dj – ów trudna do uchwycenia. A zwykli uczestnicy milong rzadko lubią wyjców. Właściwie nie słyszałam, żeby komukolwiek dobrze się tańczyło do trzeszcząco – zawodzących utworów. A takich nieraz w playliście jest całkiem sporo. Jak to mówi jedna z dziewczyn: nie powinno się chodzić na nieszczęśliwych dj – ów. Ale smęcić potrafią także ci szczęśliwi. Utwór, który przy przygotowywaniu muzy brzmi w słuchawkach romantycznie, na sali może okazać się gniotem. Osobiście nie wzbraniam się przed elektro i przed alternatywą w rozsądnych ilościach (dla mnie to do 30% imprezy), ale uważam, że największą milongową porażką dj – a jest alternatywa smęcąco – rozdzierająca. Niestety to ponad moją osobistą wytrzymałość.
Całą milongę na jedno kopyto też trudno znieść.
Była taka milonga, gdzie dj zapodał tanga w aranżacji marszów pogrzebowych. O dziwo bawiłam się dobrze, bo miałam fajnych partnerów. Więc muzyka to oczywiście nie wszystko. Równie ważny jest parkiet, a najważniejszy: partner. Byłam na imprezie festiwalowej, do której ten sam dj układał muzykę i było monotonnie. Puścić nudne milongi to dopiero „sztuka”! Okazuje się, że możliwa. Wspominam to jako jedną z najgorszych imprez pod względem muzycznym. Trzeba być chyba w głębokiej czarnej, żeby wynajdować różne okropieństwa nie nadające się do tańczenia lub monotonnie nudne.

W czyim tyłku jest kijek?

Podczas moich wojaży przyjrzałam się organizatorom. Wiem, jaki włożyli wysiłek. Sama zorganizowałam dużo wielkich imprez w swoim życiu, więc naprawdę wiem, że samo się nie zrobi. Na organizatorów czyhają różne niespodzianki, nie zawsze przyjemne.
Ale widzę znaczącą różnicę w „byciu podczas” organizatorek i organizatorów. Kobiety mają dobry humor, świetnie się bawią, nie odmawiają tańca. Korzystają z własnej imprezy w słusznym przekonaniu, że ma być wesoło i przyjemnie, także im.
Faceci wkładają poważne garnitury. Mam podejrzenie, że także kijki w tyłki. Są sztywni, sfrustrowani, latają z kąta w kąt w napięciu i sieją niepokój. Jeśli organizator wygląda na zestresowanego i niezadowolonego, to mnie osobiście także trudno się cieszyć. Uśmiechnięcie się do takiego grozi reakcją obronną i zastrzeżeniem, że on nie tańczy. A kto by chciał z takim gburem! Tak kiepsko grasz, że nie chce ci się do tego tańczyć? Czy tak słabo to wszystko zorganizowałeś, że musisz latać w koło Macieju? Więcej luzu i dystansu. Przecież wszystko zostało zrobione, ludzie przyjechali, czyli czas na dobrą zabawę i prawdziwe zadbanie o gości. Zarówno na dużych imprezach, jak i tych codziennych. Nie ma nic gorszego niż zmęczony, podenerwowany gospodarz. Tak myślę.