98. urodziny Tadka i Janka – jednego ze związków partnerskich wieczoru


Wspólne czerwcowe urodziny Tadeusza D. i Jana W. to odwieczna tangowa tradycja.
Co prawda niektórzy kręcą nosem, że z powodów różnych nie po drodze im z jednym z Jubilatów, i że skoro „to” wyprawia się w jego rezydencji, to nie pójdą, bo coś tam. Za to drugiego Jubilata kochają wszyscy. Także tym razem było gorąco, gwarno i tłoczno. Wielu było zaskoczonych, ja także, że w tym roku impreza odbyć się miała w niedzielę, a nie, zgodnie z tradycją, w sobotę. Wymyśliłam taką teorię, że Tadek celowo namieszał, licząc, że skoro następnego dnia ludzie idą do pracy, to może nie będą siedzieć do 8.00., jak rok temu. Jeśli moja teoria jest słuszna, to pragnę donieść, że chyba przekombinował. Mnie niestety następny dzień bezlitośnie wezwał do niepocieszonego opuszczenia balu, ale inni byli bardziej wytrwali i podejrzewam, że całość mogła się zakończyć grubo po 7.00. Muzykę układał Janek. Widać było (a raczej słychać), że był w doniosło – radosnym nastroju, bo playlista składała się z kawałków tanecznych i romantycznych, bez tych dramatycznie rozdzierających.

To był wieczór wielu atrakcji, przedstawionych z dużym wdziękiem i klasą.
Rozpoczął Janek. W programie było, że ma grać, a on… zaśpiewał! Następnie przedstawił publiczności kogoś, z kim od niedawna tworzy związek partnerski. I wtedy mnie trafiło: zakochałam się w Lucjanie od pierwszego wejrzenia. A jak Janek go dotykał… jak przebierał po nim palcami… a on wtedy donośnie mruczał swoim seksownym basem…

Janek z Lucjanem
Janek z Lucjanem

Tadek z Bożenką zatańczyli tango, a po jakimś czasie (występy były dozowane, co moim zdaniem było świetnym pomysłem) Janek tak zatańczył z Pauliną (takie coś, co było skoczne, wesołe i wdzięcznie wyglądało, ale nazywało się tak, że zapomniałam), że publiczność koparkami kłapała o błyszczący parkiet. Miałam to zilustrować zdjęciami, ale z powodu nie docenienia artyzmu jednego, pokazującego kawałki bielizny i zamazaną twarz, Artystka dała mi zakaz używania innych, tych co mi się podobają, bo ona z życzliwością i ku moim potrzebom, a ja z cynizmem wybrzydzam, a przecież bezpłatne zamieszczanie – z czym się wiąże oglądanie przez tangowych Czytelników – to dla Artystki żadna promocja. Wydało mi się to dziwne, ale Ustosunkowana Osoba pouczyła mnie, że to „dobra artystka”, więc ja dziękuję i przepraszam.

W zaproszeniu wyraźnie stało, że impreza jest pod hasłem związków partnerskich i uprasza się o zaznaczenie takowych w stroju.
Było kilka osób, którym inwencja dopisała i efekt był bardzo atrakcyjny. Odnoszę jednak wrażenie, że większość w ogóle nie wzięła tego punktu pod uwagę i nie zechciała się wysilić, chociaż ciut. Szkoda, bo to jedna z niewielu okazji, aby wizualnie zaszaleć. Jednemu z panów podpowiedziałam, że w ramach realizacji tematu mógłby pomalować paznokcie na czerwono, ale niestety nie miał tyle odwagi. Za to Gospodarz, jako że na co dzień lata z kolorowym manikiurem, tym razem był bez.

Kulminacyjnym punktem wieczoru był pokaz naszych tangueros w temacie jak powyżej.
Zrealizowali pomysł Tadeusza, który był naprawdę fantastyczny (zarówno pomysł, jak i Tadeusz, a z tym drugim przecież bywa różnie), a wykonanie naszych przyjaciół wprost niewiarygodnie doskonałe.

Piękny i Bestia
Piękny i Bestia

Założeniem było przedstawienie różnego oblicza związków partnerskich. Każda inscenizacja była świetna, a Pszczółka Maja i Rowerzyści spowodowali u mnie fontannę łez ze śmiechu i demolkę mojego makijażu. Zdjęcie Rowerzystów musiałam wyciąć, Pszczółka ze swoimi Kwiatami nie doczekały się żadnego, które oddałoby całość inscenizacji (trwają poszukiwania, ale efekty pewnie do zobaczenia już w albumach poza blogiem), za to zostały uwiecznione na filmie.

Pojedynek dwóch Jubilatów to także tradycja.
W tym roku usiłowali strzelać z łuku, i po zbliżeniu się do tarczy na odległość strzały, Tadeusz trafił. Sekundował im dzielny i przystojny Robin sHoodł, który przywdziawszy odpowiedni strój i zaopatrzywszy się w niezbędne atrybuty, nie tylko sprawnie sekundował wysiłkom Jubilatów, ale wyrwany z kniei na parkiet, buszował wśród niewiast, zniewalając je swym wdziękiem.

Wielkie podziękowania i ukłony dla niezwykłych, pełnych uroku Pań Jubilatowych, czyli Pauliny i Bożeny.
Obie wyglądały fantastycznie – co przyznacie, wcale nie jest bez znaczenia. Impreza była zorganizowana perfekcyjnie. To duża sztuka nakarmić i napoić takie stado ludzi. Trunków wszelakich był dostatek, a na stole do samego mojego końca (wyszłam ok. 2.00.), a zapewne i końca imprezy, nie brakowało pyszności.

Na takie wydarzenie warto przyjechać nie tylko z innego miasta, ale z każdego zakątka świata.
Uważam, że te urodziny to duże święto dla całej naszej społeczności i bardzo się cieszę, że co roku jestem w gronie zaproszonych. Może o czymś nie wiem, ale podejrzewam, że nie ma w kraju drugiej takiej niekomercyjnej imprezy: w takiej przestrzeni i takich warunkach, dopracowanej w każdym szczególe, zorganizowanej z takim kunsztem.

Nie obyło się bez pewnych napięć, normalnych tam, gdzie są kobiety i mężczyźni.
Niestety byłam sprawczynią dwóch „fop” z rzędu. Trochę się tym przejęłam, ale mi przeszło. Kto mnie zna, wie, że bywam gafiarą, ale nie mam złych intencji, a kto zechce mi takie przypisać, nic go od tego nie powstrzyma.
W ferworze wieczoru i doskonałej zabawy, zapomniałam zrobić choćby jedno zdjęcie! Stąd perturbacje i gorączkowe poszukiwania. Niektórzy zostali obfotografowani w nadmiarze, inni w ogóle, chociaż byli ważnym elementem całości wydarzenia. Nie znalazłam zdjęcia związku partnerskiego Disco Polo – to, które widziałam, bardzo mi się podoba, ale nie pokazuje całości stylizacji. Na szczęście Pati była czujna i nakazała sfotografować się z Łukaszem – przynajmniej tu widać, jak wyglądali w trakcie scenicznego dokazywania.

To moja czwarta impreza i z perspektywy stwierdzam, że każda następna jest lepsza od poprzedniej.
Trudne wyzwanie dla Tadeusza, żeby przez kolejne lata wymyślać nowe atrakcje, aż do Grande Finale przewidzianego na (chyba) 2024 rok. Nie wiem, jak to będzie po drodze, ale na wtedy Tadek wymyślił taką atrakcję, że jeśli by ją zrealizował, przeszedłby do światowej historii w dziedzinie przyjęć urodzinowych i zabawiania gości. Co On wymyślił… Dla mnie bomba! Edyta Sz. była przerażona, ale uznała, że kto czytał moją książkę, nie będzie zdziwiony, że zachwycam się tego typu pomysłem. Tylko czy ma szansę na realizację? A może napiszę powieść z takim finałem…?
Póki co, czekam na następny czerwiec.