Tangowe przyspieszenie

Zawrót głowy – tymi dwoma słowami można podsumować tangowy kalendarz na bieżący rok. Tyle tego! Rewelacja. To znaczy, że środowisko się rozwija, ludzi przybywa, imprezy są wypełnione uczestnikami. Najlepsi argentyńscy nauczyciele są u nas częstymi gośćmi. Nasi polscy jeżdżą po świecie dając pokazy, udzielając lekcji, prowadząc warsztaty. Serce rośnie.

Czas i pieniądze

To czynniki niezbędne do uczestniczenia, a imprez jest bez liku. W Polsce mamy całą rzeszę maratonów tanga. I rośnie chęć kolejnych osób na organizację kolejnych imprez. To zacne. Tyle że to zajęcie niewdzięczne: Ty się postarasz, a ludzie będą się czepiać. Zwłaszcza jak nie dasz im tego, za co weźmiesz pieniądze. I jak przekombinujesz z systemem rejestracji. Jedna podobno udana impreza właśnie przez to miała tylko połowę uczestników: ludzie nie chcieli podawać peseli i po prostu nie pojechali. Jeśli walniesz niedoróbkę z systemem rejestracji, narazisz się na słuszne awantury tych, którzy nie przeszli selekcji, a warowali przy komputerze z zawieszonym systemem organizatora, jednak wysłali zgłoszenie punktualnie.

Mam złą wiadomość: o komplet uczestników będzie coraz trudniej.

Z powodu ilości wydarzeń doświadczeni tangueros uważnie pomyślą, zanim organizatorom zapłacą. Zwłaszcza tym, którzy nie dbają o jakość swojej imprezy w różnych aspektach. Już teraz część woli pojechać za granicę.

fot. Elżbieta Petryka

„ Bieda – maratony” – ja dziękuję, nie lubię.

Jeden z kolegów opisał bardzo trafnie swoje spostrzeżenia z polskich maratonów – mniej więcej takie:
Na tangowy maraton idzie się potańczyć, nie najeść… ale strawa też jest ważna. Na naszych krajowych maratonach jest herbata Lipton, najtańsze Nescafe, a do jedzenia ochłapy (inne słowo nie przyszło mu do głowy, za co przeprosił). Dalej nastąpił opis bogactwa niemieckiego bufetu i bardzo dobrze zadane pytanie: „Czyżby niemieccy organizatorzy inaczej rozkładali proporcje między własnym zyskiem a zadowoleniem uczestników?”.

Może ktoś się poczuje dotknięty: bo się starał, miał dobre chęci…

Niestety, to nie wystarczy. Liczy się efekt. Więc były lub obecny organizatorze: zanim się obrazisz, przeczytaj ten tekst ze zrozumieniem i wyciągnij wnioski. Wtedy będziesz miał szansę na zadowolonych uczestników. Możesz dostać publiczne zachwyty i podziękowania, jednak licz się z tym, że będą w pakiecie z pokątnymi utyskiwaniami. Bo ludzie zganieni za publiczną krytykę nie będą się wysilać i pisać do organizatorów, po prostu obrobią im tyłki w kuluarach, co czynią bardzo skwapliwie. A i organizatorzy nie mają zwyczaju pytać, co można by poprawić.

Chyba nie chcą wiedzieć.

Światło (jasno – ciemno), temperatura (zimno – ciepło) – to kwestie względne i tu trudno dogodzić wszystkim. Może mi mniej odpowiadać zimna barwa żarówek, ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy publiczne krytykowanie światła z zabytkowego żyrandola. Ktoś, kto to robi, ładując się do zabytkowego pałacu nie ma pojęcia o tym, że nie można stanąć na drabinie i wykręcić żarówek. Tak samo nie ma czegoś takiego jak za śliski parkiet (poza jednym: na Szyndzielni, ale tango na lodowisku wzbudzało wesołość, a nie dezaprobatę) – o tym wiedzą wszyscy wytrawni tangueros. I wiedzą, że jeśli przyczepność ich nie zadowala (najczęściej z powodu zbyt małych technicznych umiejętności), trzeba zrobić coś z butami, a nie z parkietem.

Batida

Ale są pewne obszary uniwersalne.

Zastrzeżenia do muzyki bywają wtedy, kiedy Dj nie umie układać play – listy. To wcale nie jest takie proste. Nie bez powodu organizowane są tango – dj – skie kursy. Druga opcja: kiedy Dj ma gotową listę i nie umie (lub mu się nie chce) w razie potrzeby dostosować muzyki do parkietowej sytuacji. Oczywiście nie zawsze musi majstrować przy play-liście, ale czasem by się przydało, kiedy na sali energia siada. Bo od jej nadmiaru nikt na maratonie nigdy nie narzeka.
Za to na maratonowe przyległości narzeka się dość często.

Nie o to chodzi, że musi być wypas. Ale chcę o tym wiedzieć!

Poniższe spostrzeżenia to zbiór z różnych imprez, niestety niedociągnięcia są powielane. Tak, tango tworzą ludzie, muzyka, parkiet, ale im człowiek więcej bywa, tym więcej widzi. Także to, że za coś zapłacił, a nie dostał. Nie chcę nikomu zaglądać do kieszeni. Nie interesuje mnie: do imprezy dołożył czy zarobił krocie. Nie chcę zawracać organizatorom głowy i dopytywać, czy mam przynieść własny prowiant. Chcę mieć o tym i owym pełną informację.

Chcę wiedzieć, że będę musiała polować.

Nie tylko poprzez cabeceo na upatrzonego partnera, ale także na kanapkę i zupę. Na dwóch różnych maratonach nie widziałam kanapek na oczy, na resztki zupy załapałam się raz, i to na jednym maratonie, bo na drugim także to mnie ominęło. Chcę być poinformowana, że do najtańszej kawy nie będzie kubków i trzeba wziąć swój. Że z owoców będą tylko jabłka, których wszyscy mamy w domu pod dostatkiem, a z powodu poczynań Putina co poniektórzy czują nimi przesyt. Inne owoce szybko „wyszły”. Na jednym z bieda – maratonów nie było nawet jabłek. Chcę wiedzieć, żeby nie iść drugiego dnia na obiad, bo „ciepłe” wjedzie już po południu. A my ciut wcześniej najedliśmy się w restauracji, więc ciepłe zjedli inni. Chcę wiedzieć, że trzeciego dnia załapię się tylko na ciasto, bo ciepłe będzie dla wytrwałych, czyli tych, co zostają do poniedziałku. Albo że przez trzy dni nie załapię się na nic – tak też się zdarzyło. Jak będę to wiedziała wcześniej, to… nie będę sobie zawracała głowy takim maratonem, bo mi się już nie chce. Podsumowując: niestety od polskich maratonów będę wymagała dokładnej informacji, a jak jej nie uzyskam, będę zawracała organizatorom gitarę. Publicznie. Żeby ludzie wiedzieli, na co się przygotować. Oczywiście tylko wtedy, kiedy będę rozważała swój udział.

Ale nikogo nie będę zniechęcać!

Chcesz – proszę. Ale ja tak nie chcę. Może za dużo jeżdżę? Może za dużo widzę? No cóż, trudno: bieda – maratony mnie nie interesują, choćby były w najpiękniejszej scenerii (a ten najbiedniejszy na dodatek był w najbrzydszej).

Atrakcje dodatkowe

Nie są na maratonie konieczne (taka formuła), zwykle chacarera wystarcza. Dlatego bardzo się cieszę, że warszawski maraton pod tym względem się wyróżniał. Radosne hasanie i koncert Furor del Tango miło urozmaiciły te trzy doby na parkiecie. Przerwa w graniu była jak dla mnie idealna: nie za krótka (gdyby grali od rana, miałabym poczucie, że coś tracę) i nie za długa (przyjezdni mogliby nie wiedzieć, co ze sobą zrobić, zwłaszcza że aura nie rozpieszczała, a ludzie byli rozsiani po różnych noclegowych miejscach). Tak sobie myślę, że urozmaicenie trzech dni ekstremalnego tańczenia jest miłym gestem.

fot. Elżbieta Petryka

Organizator „nie ma doświadczenia” – to częsty argument.

Mnie nie przekonuje. Organizator często nie ma pomyślunku, wyobraźni lub chęci. Bo nie trzeba mieć doświadczenia, żeby wiedzieć, że jak się bierze pieniądze i zapewnia, że bufet będzie, to trzeba dbać o jego uzupełnianie. A przede wszystkim trzeba dbać o przepływ informacji. I nie wystarczy gdzieś tam coś umieścić na fejsie. Nie wystarczy wysłać mejla do zarejestrowanych uczestników. Ludzie nie doczytują. Bo tak mają. Ja też :-). Dla komfortu wszystkich i dobrej opinii organizatorów, warto przygotować i wydrukować rozkład maratonowej jazdy z bezwzględną dokładnością: co i o której się dzieje; jeśli możliwe zwiedzanie – to czego i kiedy (albo że info w recepcji); że polowanie na zupę między godziną tą a tą; że śniadanie do godz. 10.00. (to powinno być powiedziane wcześniej – wtedy też nie pojadę, bo skoro mam tańczyć do 6.00., nie chcę być poganiana ze wstawaniem, zwłaszcza jak jest koszmarnie niemaratonowo długa przerwa w tańczeniu i ziąb). Ale tak sobie myślę – z troską o przyszłych organizatorów i ich nerwy – przede wszystkim zanim się ktoś zabierze za organizację tangowej dużej imprezy, niech sam obskoczy kilka innych. Niech pogada z innymi organizatorami. Jedni podpowiedzą, inni nie, ale zawsze swoją wiedzę się wzbogaci. I żeby była jasność: to jest podpowiedź dla tych, którzy organizację mają przed sobą. Ci, co mają pierwsze koty za płoty, mogą sugestie uwzględnić, ale nie muszą rzecz jasna. No i mogą mnie nie przyjąć na kolejny, gdybym jakimś cudem zdecydowała się spróbować zarejestrować :-).

Ela-Petryka-3

Na bieda – maratonach nie będzie dobrych tancerzy.

Pojadą tam, gdzie jest bardziej komfortowo, nawet jeśli jest drożej. Nabiorą się tylko raz: na nowe miejsce. Na najbiedniejszym maratonie było o wiele mniej dobrych tancerzy niż dwa lata temu (rok temu nie byłam, więc nie wiem). Za to na rejestracyjny start na Devoradores i Truskawki ludzie czekali przebierając nogami. Bo tam bufety nie świecą pustką. Nie trzeba przychodzić z kanapkami, głodować albo biegać po okolicy w celu napełnienia brzuszka. To w końcu trzy dni.
Devoradores to najdroższy polski maraton, a ludzie robili publiczne awantury o niejasną selekcję. Bo chcą tam być. Dużo zagranicznych tangueros na dobrym poziomie przyciąga jak magnes. Mimo noclegu w innym miejscu, resztę mają pod ręką. Jest wygodnie. Nie wiem, jak będzie w tym roku, bo jestem na liście rezerwowej (też warowałam przy komputerze i byłam zła, ale pamiętając ten maraton sprzed dwóch lat, chciałabym pojechać ponownie). Na Truskawkowym też niczego nie brakowało: owoce, kanapki, dwie pyszne zupy dostępne non stop, nie trzeba na nie urządzać polowania. Wino i piwo w dobrej cenie. Uczestnictwo też nie za drogie. Za co się zapłaciło, to się dostało. Tanecznie i towarzysko bardzo przyjemnie.

Najlepszy na dzień dzisiejszy – moim zdaniem – polski maraton dopiero się rozwija.

Jest to noworoczny maraton przy okazji sylwestra w Bielsko – Białej. Najpierw był na Szyndzielni, a w tym roku w Szczyrku w hotelu Orle Gniazdo. Miejsce ma potencjał: wszyscy maratonowicze razem, co ułatwia kontakty towarzyskie; PYSZNA! kuchnia: śniadania do godz. 12.00. (!) i obfite ciepłe dwudaniowe kolacje z obsługą kelnerską; na sali ZAWSZE! różne owoce, ciastka, DOBRA kawa (a nie najtańsza, której nie można przełknąć nawet z mlekiem), „gorące kubki” w różnych smakach, PYSZNE kanapki ze świeżutkimi bułkami. Część parkietowa duża i wygodna, część biesiadna ze stołami w jednym miejscu – super dla cabeceo, strefa rekreacyjna w wygodnych pokojach. Gospodyni – Ania Pietruszewska – aktywna, obecna i nie ma wątpliwości, że nią jest. A trzeba podkreślić, że tuż przed maratonem organizuje ogromny sylwestrowy bal. Góralska kapela otworzyła imprezę maratonową, kulig – mimo deszczu bardzo wesoły – stworzył górski klimat. Świetni Dj-e. Transport z lotniska katowickiego i krakowskiego. Pijama party…
Dla mnie całość super, a nie jest mnie łatwo zadowolić. Tu naprawdę nie ma się do czego przyczepić. No chyba tylko do zbyt długich korytarzy, bo hotel wielki :-).

Beskid

Maratonowe rejestracje

Och, ileż budzą emocji. Do czasu. Imprez coraz więcej, więc to organizatorzy będą się coraz bardziej starać i pilnować w różnych kwestiach, także rejestracji. Jeśli lubisz komfort i nie możesz sobie pozwolić na udział we wszystkich imprezach świata, wykreśl inne i zaplanuj Szczyrk. Moim zdaniem na następną edycję będzie potrzebna większa selekcja niż na oblegany Devoradores, który wymyślił jakieś takie serwery, co by ludzie nie mogli się zarejestrować, za to żeby mogli z czystym sumieniem psioczyć. Taki Truskawkowy ma rejestrację zrobioną w kwestionariuszu Google i działa jak należy. Co nie znaczy, że łatwo się dowiedzieć, czy się uczestniczy. Chyba na zasadzie niedostępności organizator dzieli się tą informacją w różnym tempie :-). Wspomniany Devoradores mimo rejestracyjnej niesprawności, w moim rankingu zajmuje drugie miejsce ex equo z Truskawkowym. Do tego Truskawkowy ma śliczną maratonową bransoletkę (ten w Szczyrku też, Devoradores spada na trzecie miejsce). Obydwa mają bardzo dobrą tangową powierzchnię (na dodatek podobno w Łodzi będzie inna – lepsza – sala), wygodną przestrzeń rekreacyjną i bufet dobrze zaopatrzony. Wszystko na to wskazuje, że w tym roku będę tylko na moim number one, gdyż wspomniane dwa pozostałe nie potwierdziły mojej obecności. Nic na siłę, pojadę gdzie indziej.

Niektóre maratony przyjmują zapisy tylko w parach.

To znaczy, że nie można zgłosić się solo i czekać, aż przeciwna płeć zgłosi się także i będzie do pary. Tego problemu nie ma przy festiwalach i jakoś nikt nie narzeka, że pań jest więcej. I dobrze. Panowie mają poczucie, że mają większy wybór, a panie dają czas odpocząć obcasom. Zmuszanie ludzi do szukania pary mnie osobiście się nie podoba. Nie będę się uganiać za żadnym z panów, bo nie mam tego w zwyczaju (prywatnie i tangowo). Wiem też, że niektórym panom także to nie odpowiada: mogą zarejestrować się tylko z jedną, a czasem nie chcą żadnej wyróżniać i niekomfortowo się czują, kiedy narażają się na wymówki zaprzyjaźnionych pań: czemu zarejestrowałeś się z nią, a nie ze mną?! Więc mimo że ideę rozumiem, całkowicie jej nie pochwalam i będę jeździć tam, gdzie nie będę zmuszana do robienia łapanki.

Brak ogólnopolskiego kalendarza = dubel

Dawno proponowałam, żeby taki kalendarz stworzyć. Także wewnętrzny, czyli jeśli ktoś ma pomysł, zanim go ujawni, zgłasza termin, żeby w razie czego następny organizator albo zmienił swój, albo świadomie zdecydował się na dubel (pewne imprezy się nie wykluczają, bo mają innych odbiorców). Byłam gotowa taki kalendarz prowadzić. Co ciekawe: to organizatorzy uznali, że jest niepotrzebny. I sytuacja jest taka, że dwie fajne NOWE imprezy się nakładają: El Fuego Maraton i Noc Tanga w Kazimierzu nad Wisłą. Akurat te imprezy mogłyby mieć tych samych gości, ale nic z tego, nie rozdwoją się.

Nie byłam na maratonie w Krakowie.

Jakoś tak nie czuję się zachęcona. Nie słyszałam dobrych opinii od uczestników. Zaraz: tam jest w ogóle maraton czy tylko festiwal…?

Nie będzie mnie w Toruniu.

Organizator podobno mnie nie lubi. A ja mu naprawdę dobrze życzę, co nie znaczy, że muszę się z nim zawsze zgadzać. Uznał za stosowne wypowiedzieć publicznie opinię, że gdzie ja jestem, to impreza jest nieudana. Co mu nie przeszkodziło tańczyć na ostatnim maratonie, gdzie byłam, i wyrazić o tym maratonie bardzo entuzjastyczną opinię. Czyli moja obecność jednak zabawy nie zepsuła i w niczym nikomu, także jemu, nie przeszkodziła :-). Mnie też nie przeszkadzają przekonania kolegi. Jakaś taka jestem dziwna, że się nie gniewam, co najwyżej z pobłażaniem się uśmiecham.

Łukasz-Tango

Festiwale…

To inna formuła. Trudniejsza do zrealizowania. Droższa. Można przyjść na pojedynczą milongę nawet z tabunem koleżanek, na te polskie nie trzeba się rejestrować. W cenie biletu nie ma zapewnionego bufetu, za to są gwiazdy i atrakcyjne pokazy. Cudowny „Magiczny Festiwal Tanga w Brzegu” ma już rzeszę swoich zwolenników, w gronie których także jestem. Trochę daleko, za to uczestnictwo jest bezpłatne, Dj-e najlepsi, towarzystwo przednie. W Łodzi jest „Tango salon”. Nie byłam, czas nadrobić zaległości. W Krakowie jest „Wawel tango”. Też nie byłam, lecz służby operacyjne doniosły, że tam jest największa ilość argentyńskich gwiazd na metr kwadratowy powierzchni i mega atrakcyjne pokazy – stąd wysokie ceny biletów. Mieliśmy „Warsaw Tango Weekend” w formule festiwalowej, ale nie ma – i bardzo żałuję. Jest jeszcze „Poznański Tango Weekend” – skromniejszy w formie i treści, dzięki czemu jest bardziej kameralny, w sam raz dla tych, co nie lubią ogromnych imprez. W planie mam sprawdzenie, co w Szczecinie piszczy. Coś przeoczyłam? To mnie o tym poinformuj, proszę :-). No chyba że organizatorzy mnie nie wpuszczą :-).

W Europie są maratony i festiwale, na które warto jechać.

Żeby wiedzieć, jak jest „gdzieś”, trzeba tam być. Postanowiłam powoli ruszyć w świat. Czemu powoli? Bo chyba mam opóźniony zapłon. Czemu ruszyć? Bo… przyszedł ten czas.
Więc zaczynam Sardynią, by poprawić Majorką :-). W planie Istambuł, Berlin, Barcelona, Sztokholm, Tel Aviv, Dubaj…

Ale! Ale! Rezerwujcie ostatni weekend sierpnia!

Co poniektórzy wiedzą, by rezerwować 28 – 30.08.2015. Razem z naszą operową Divą Izą Kopeć szykujemy pewne przedsięwzięcie. Szczegóły wkrótce, w każdym razie warto z nami być. Będzie na bogato :-).

Z ostatniej chwili

La Endorfina – to nowy poznański maraton, o którym dowiedziałam się przed chwilą. Nie znam szczegółów – pewnie jeszcze sami organizatorzy ich nie znają. Z ciekawością ich wypatruję. Lubię tańczyć w Poznaniu. Wpisuję do kalendarza.

La-Endorfina